Nie naciskała.
Nie błagała.
Po prostu stała tam, stabilnie, pomimo lekkich zawrotów głowy, które znów zaczynały się pojawiać.
Sekundy się dłużyły.
W końcu Grant wstał.
Powoli.
Rozważnie.
Nie spojrzał na matkę.
Spojrzał na Vivien.
„Idę z tobą” – powiedział.
Po tych słowach w pokoju zapanowała cisza, ale nieodwracalna.
Nie głośna.
Nie dramatyczna.
Po prostu ostateczna.
Vivien skinęła głową raz,
Jej ramiona rozluźniły się odrobinę, to było najmniejsze rozluźnienie napięcia, na jakie sobie pozwoliła.
„Dobrze” – powiedziała.
Nie pożegnali się.